• Post comments:1 Komentarz

Dokładnie 5 sierpnia 2015 roku, zapakowałam kota, w jak się potem okazało nieodpowiedni transporter, i z biletem w jedną stronę wyleciałam do Sewilli. Nigdy wcześniej nie robiłam takich podsumowań. Nie zrobiłam go ani po pierwszym roku mieszkania w Hiszpanii, ani nawet po 5 latach, ale w tym roku zrozumiałam, że w ciągu 6 lat tutaj przeżyłam i doświadczyłam więcej niż przez pozostałych 28 lat życia w Polsce i czasowo we Włoszech i że chciałabym tym doświadczeniem się podzielić. 

To wpis na 6 lecie mojego życia w Hiszpanii a co za tym idzie moje przemyślenia, spostrzeżenia i historyjki bardziej lub mniej zabawne. Niektóre nawet straszne. Ale wszystkie one zakładają się na to że każdego dnia codziennie świadomie potwierdzam sobie samej, że jestem w dobrym dla mnie miejscu i robię dobre rzeczy, które dają mi mnóstwo satysfakcji. 

Sewilla, dziewczyna w Sewilli, widok, Triana

WYPROWADZKA

Decyzja o wyjeździe z Polski nie wynikała z chęci ucieczki tylko z tego, że miałam możliwość. Nie podejmowałam decyzji długo. Na początku czerwca pojawił się pomysł, w połowie tego samego miesiąca przyjechałam po raz kolejny do Sewilli żeby upewnić się czy to dobra decyzja. W lipcu wypowiedziałam umowę na mieszkanie, złożyłam papiery o nowy paszport i dokumenty do przewozu kota oraz sprzedałam lub oddałam wszystkie niepotrzebne mi rzeczy. Sama siebie nie podejrzewałam, że jestem skłonna do tak zorganizowanego zaplanowanego a jednocześnie szybkiego i sprawnego działania. Czy ta decyzja była super spontaniczna? Według mnie, nie. Ale nie da się ukryć, że jednak nie analizowałam nadmiernie tej sprawy. 

Wyszłam z założenia że “najwyżej wrócę”. Ogólnie w życiu przy podejmowaniu ważnych decyzji myślę o najgorszym możliwym scenariuszu i go sobie oswajam, myślę, co będę mogła zrobić jeśli ten się sprawdzi. I od razu mniej się boję, jestem przygotowana. Co ciekawe, ten najgorszy scenariusz prawie nigdy się nie realizuje. 

BYCIE EKSPATKĄ JEST NAPRAWDĘ TRUDNE

Po przyjeździe do Sewilli były kwiatki, tęcza i motyle w brzuchu. Ileż to ekscytacji, taka wyprowadzka. Myślałam sobie “co złego może się wydarzyć? ” Mam wspierającego partnera, jego troskliwą rodzinę, dach nad głową pomysł na biznes, który już jest w toku, mieszkam w pięknym, wiecznie słonecznym mieście na południu Europy. I w tym momencie, powinnam napisać, jak we wszystkich tego typu historiach bywa, że  “nie zawsze było kolorowo, ale przetrwałam najgorsze i teraz jestem szczęśliwa”. Ale myślę, że określenie “nie było kolorowo” to duże niedopowiedzenie a to poczucie szczęścia nie przyszło znikąd i wymagało ode mnie sporej pracy ze sobą, własną głową, przekonaniami i lękami. Dla wszystkich, którzy stereotypowo myślą o sytuacji osób, które wyprowadziły się za granicę dodam, że problemy nie zaczęły się od początku. Wręcz przeciwnie, początki życia za granicą były genialne. Przeprowadzając się do nowego miejsca, czułam się jak heroska. Poza tym wszyscy mi kibicowali, gratulowali decyzji, byli pod wrażeniem. Nie widziałam wtedy problemów tylko wyzwania. A te się pojawiły i to z najmniej spodziewanej strony. 

Okazało się bowiem, że życie daleko od bliskich, w kraju w którym nie rozumie się wszystkiego, gdzie w niektórych sytuacjach jesteś zdana na pomoc innych osób, gdzie czasem czegoś nie rozumiesz, nie znasz zasad, gdzie musisz pytać o każdą najdrobniejszą rzecz, od zapisu do lekarza po robienie zeznań podatkowych i tłumaczenie umów. Czasem czujesz się jak zagubione dziecko, sfrustrowane swoją bezradności i bezsilnością. Jestem racjonalną realistką do szpiku kości, więc jak pojawia się problem trzeba go racjonalnie, logicznie rozwiązać, najlepiej dużo pracując i starając się “nie myśleć o pierdołach”. Okazało się jednak, że w moim przypadku najskuteczniejszym rozwiązaniem była terapia. Choć trochę mi zajęło by się na nią zdecydować. Jeśli mieszkasz za granicą i czasem sobie nie radzisz z emocjami a znajomi, gdy próbujesz się przed nimi otworzyć odpowiadają w stylu „oj nie przesadzaj, przecież masz super życie/prace/rodzinę i żyjesz w świetnym miejscu, na pewno nie jest tak źle”, to terapia, online lub offline może być dobrym kierunkiem.

Polka na Placu Hiszpańskim

Czego nauczyło mnie 6 lat w Hiszpanii

W czasie 6 lat mieszkania w Andaluzji przeprowadzałam się 5 razy (zaraz przeprowadzę się kolejny), kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, zdałam kilka ważnych egzaminów, przygarnęłam psa, ale też uspokoiłam się, zaczęłam uczyć się odpoczywać i odpuszczać, również te złe emocje. Zrozumiałam jak bardzo wcześniej funkcjonowałam w utartych przekonaniach i założeniach, które niekoniecznie dobrze mi robiły. Zauważyłam też, że między Hiszpanami i Polakami istnieją różnice kulturowe i to nie małe. Wcześniej wychodziłam z założenia, że skoro pochodzimy z tak zwanego jednego kręgu kulturowego (chrześcijańska Europa, bazująca w większości na demokratycznym państwie prawa, Unia Europejska, teoretycznie zbliżony styl i poziom życia), te różnice nie będą zauważalne. I rzeczywiście na początku ich nie widać Pojawiają się dopiero później. Widzę, że Hiszpanie są bardzo asertywni, ale też nie lubią problemów, cenią sobie spokój i odpoczynek, potrafią żyć tu i teraz, nie przejmować się za bardzo przyszłością. Wiele z tych cech, choć brzmi pozytywnie, była dla mnie trudna do zaakceptowania i powodowała mój bunt, bo przecież wychowywałam się w innej atmosferze.

Ważne było dla mnie to, że przez cały czas czułam, że mam wybór, że nie jestem tutaj bo nie mam innego wyjścia. To mi dawało i daje poczucie spokoju. Jedna z ważniejszych lekcji jakie przerobiłam przez ten czas to by nie planować długoterminowo, nie przywiązywać się do swoich własnych założeń i być otwartą na nadarzające się okazje. To daje mi poczucie szczęścia, bo wiem że nie muszę, tylko chcę. Nie chodzi o to, aby rezygnować z planów, ale by nie przywiązywać się do nich i próbować realizować nawet jeśli z czasem okazuje się, że po prostu nie jest już nam z nimi po drodze. Czasem możemy zmienić zdanie, możemy już czegoś nie chcieć i wtedy warto nie trzymać się kurczowo swoich wcześniejszych postanowień.

To nie miał być post moralizatorski, choć może troszkę taki wyszedł, ale z okazji rocznicy, mogę sobie na taki pozwolić. To w końcu mój blog. Następny takie wpis na okrągłą 10 rocznicę 🙂

Ten post ma jeden komentarz

  1. runa958

    Wow, nic tylko pozazdrościć! Marzy mi się życie za granicą… Na razie mogę pozwolić sobie na coroczne podróże z partnerem. Preferujemy noclegi w namiocie, więc dużo oszczędzamy i żyjemy blisko natury. Świetne przeżycia. 🙂

Dodaj komentarz